Portland, największe miasto w stanie Oregon. Położone przy ujściu rzeki Willamette do Kolumbii. Wolę sprecyzować, bo w USA jest więcej niż jedno Portland. I to właśnie do tego Portland polecieliśmy po wyjściu Nialla ze szpitala. Co do niego to wszystko w porządku. Pościągał już wszystkie plastry, ale pod okiem jeszcze majaczyła sina poświata. Nie wiem czym pielęgniarka smarowała mu poliki, ale śliwa zniknęła mu wyjątkowo szybko. Albo mi się tak wydaje?
Portland. Powell City Park. Park tuż obok lotniska. Park bardzo głośny, brudny, zaniedbany, śmierdzący szczynami, rozkrzyczany spoconymi mężczyznami grającymi w koszykówkę. Ale nawet tam było mi lepiej niż w gwarnym gmachu lotniska. Przynajmniej bez fanek. Wlokłam się powoli po alejce, pchając wózek ze śpiącą Noemi tak, jak powoli wlókł się czas. Miałam przed sobą park. Kawałek trawnika, kilka drzew, chodnik i dwie ławki. Byłam u siebie.
Alejka się kończyła, zawróciłam. Gdzieś na jej końcu dostrzegłam mężczyznę idącego w moją stronę. Malik, kto inny? Kto inny nosił czapkę, gdy świeciło słońce, a temperatura kręciła się wokół dwudziestu stopni? Kto inny wyglądał świetnie, żeby nie powiedzieć po prostu seksownie, w szarym dresie i bluzką z pieprzącymi się niedźwiedziami? Zarostu jakiego innego mężczyzny chciałam wciąż dotykać, jak nie Malikowego? Jakiego głosu uwielbiam słuchać? Kto wzdycha najpiękniej na świecie? Kto pocałunkami w czoło daje mi bezpieczeństwo? Kto ma najpiękniejszy uśmiech świata, nawet gdy córka leje go rączkami w poliki? Malik.
Przykro mi drogie panny, ale muszę zakończyć panienek spacer. Czas wracać do pałacu. - ukłonił się przed nami, zdejmując czapkę z głowy. Zaśmiałam się, on też. Proszę pozwolić. - obszedł mnie dookoła i chwycił za rączkę wózka. Posłusznie usunęłam się w bok. Ruszyliśmy powoli. Proszę nie rób scen, ani dram. - powiedział cicho, lecz i tak wyczułam jego błaganie. Czemu? - spytałam spokojnie. Trzeba się przyzwyczaić wreszcie do tego dziwnego życia. Jest duże prawdopodobieństwo, że ktoś robi nam teraz z ukrycia zdjęcia. - odpowiedział przez zaciśnięte gardło. Cóż za informacja. Cóż za niespodzianka. Aha. - odparłam obojętnie i skrzyżowałam ręce na piersi. Zawiał chłodny wiatr. I to wszystko? Przytaknęłam. Dlaczego miałabym robić przedstawienie, nie na jednym spacerze już ktoś mnie śledził. Wzruszyłam ramionami. Znów zawiało chłodem. Zbliżaliśmy się do końca chodnika. Dlaczego mi nie powiedziałaś? Zatrzymał się gwałtownie. Odwróciłam się do niego. Zdziwił się. Myślałam, że to kolejny raz, gdy Wasz management chce zrobić szopkę z naszego życia. Westchnął. Westchnął i ruszył. Toczyły się kółka, buty stąpały po brukowanej uliczce. Za ogrodzeniem znikł mój cuchnący park, a pojawiło się szumiące lotnisko.
Na nasz widok wszyscy wstali. Co to za uroczystość? A może jesteśmy parą królewską, którą trzeba witać z honorami, kłaniając się? Mamy jeszcze dziesięć minut, potem wsiadamy. - zarządził Paul wystawiając głowę znad gazety. Spojrzałam do wózka. Mała wciąż spała. Rozejrzałam się dookoła. po drugiej stronie terminala była apteka. Zauważą, gdy tam pójdę. Westchnęłam z rezygnacjom i zajęłam miejsce obok Danielle. Ta posłała mi ciepły uśmiech i podała swój telefon. Wzięłam go odrobinę zdziwiona. Coś się stało, czegoś potrzebujesz? - widniał napis na wyświetlaczu. Dopisałam szybko to co chciałam i oddałam urządzenie. A Danielle? A Danielle wstała i ni z gruszki, ni z pietruszki ruszyła zatłoczonym terminalem w stronę apteki. Weszła do niej i wyszła bez problemów. Ze byłoby zupełnie inaczej, prawda?
Siedziałyśmy na podłodze oparte plecami o łóżko. Małżeńskie łóżko z drewnianą, zdobioną ramą. Wsunęłam kolana pod brodę i oplotłam rękoma nogi. Wzrok skupiłam na wzorku walizki, stojącej przy ścianie naprzeciwko mnie. Myśli krążyły wokół kawałka plastiku z testerem w środku. Zębom pozwoliłam na agresywne przygryzanie warg. Nie rozumiem, dlaczego się martwisz? - przerwała ciszę Danielle. Przecież nie jesteś w ciąży. - dodała nieco ciszej. Nabrałam głośno powietrza do płuc. Zacisnęłam powieki. Nie płacz dziecino. Sama sobie przeczę. Może zrobiłam coś źle? - jęknęłam. Głos mój stał się piskliwy, rozklejony, przerywany pociągnięciami nosem. Dziewczyna sięgnęła po ulotkę, znów. Tu jest napisane, że test najlepiej robić rano. - przeczytała, obróciwszy się w moją stronę. Kupię ci dzisiaj kolejny i jutro go zrobisz. - zadecydowała i położyła dłoń ma moim ramieniu. Nie płacz kochanie. O Boże! Rozumiem, że się denerwujesz, ale płacz tu nie pomoże. Gówno prawda. Może jesteś na coś chora? Może to przez te tabletki? Zaczęła masować mi plecy. Podniosłam głowę. Nie wydaje mi się. - mruknęłam. Brałam je zbyt krótko i zbyt dawno, aby teraz wymiotować. Z resztą mówiłam już, że nie dostałam okresu. Danielle westchnęła, poprawiła włosy dźwięcząc bransoletkami zdobiącymi jej nadgarstek. Piękne, srebrne bransoletki, które podarował jej Liam. Aż przykro było na nie patrzeć i wiedzieć, że chłopak kupił je z czystej dobroci serca, z czystej miłości do Peazer. W takim razie za kilka miesięcy powitamy na świecie nowego Malika. - skwitowała uśmiechając się swoim najbardziej uroczym uśmiechem. Każdy taki był, a ja nie potrafiłam jej na niego odpowiedzieć.
Od bardzo, bardzo dawna nie miałam bezsennej nocy. Nemi przestała budzić się w środku nocy, więc i ja nie musiałam się budzić. Nic mnie też nie martwiło na tyle mocno, by ponownie zasiąść na parapecie i zamartwiać się nad sobą. Do tej nocy. Z utęsknieniem czekałam na znienawidzony poranek, gdy będę mogła zamknąć się w łazience, nasiusiać na co trzeba i potwierdzić, jak to w końcu ze mną jest. Zegar tykał, czas lecia. Za wolno. Wczorajsze słońce ustąpiło miejsce księżycowi, który święcąc nad miastem sprawiał, że w pokoju panował nieprzyjemny półmrok. A może to nie księży, a światła opanowujące każde większe miasto świetlnymi reklamami? Mogło mi się dużo zdawać, gdy standardowo siedziałam na fotelu - tym razem czarnym, skórzanym - i obserwowałam ciemność. Noemi spała za drzwiami, Zayn spał na łóżku przede mną. Tylko ja jeden wyjątek, oblegający hotelowe fotele, martwiący się każdą pierdołę czekam bezsennie na kolejny wschód słońca. Wracaj tu spać. - wydobyło się z zaschniętego, męskiego gardła. Pokręciłam przecząco głową. Pewnie tego nie widział. Choć może? Wstał. Wygramolił się ociężały z łóżka i ruszył w moją stronę. Czy musimy to przerabiać w każdym nowym hotelu? - spytał dosyć gniewnie. Wyłonił się z ciemności, złapał mnie za obie dłonie i ciągnąc do siebie, postawił na nogi. Zayn? - odezwałam się pierwszy raz od wielu, wielu godzin. Zaprzestał ciągnięcia mnie do łóżka. Chciałbyś mieć kiedyś jeszcze jedno dziecko? Ze mną? Zaczął się śmiać. Głośno, lecz na tyle cicho, by nie obudzić Noemi. Oprzytomniaj jednak po chwili i znów zaciągał mnie do spania. Myślę... - zaczął kładąc mnie na pościeli. Myślę, że tak. Musiał się uśmiechnąć, westchnął charakterystycznie. Teraz śpij dziecko.
***
Teraz wreszcie czuję, że to jest to! Szczególnie dwa ostatnie akapity. Wreszcie to coś mi się podoba, a nie jest jakieś nijakie i bezuczuciowe. Tacy wyznani, jakich lubię najbardziej.
Przepraszam, że nie odpisałam na Wasze komentarze pod poprzednim postem, ale w ogóle nie miałam do tego głowy. Chciałam Wam jakoś ładnie odpisać, ale coś mi to nie wychodziło. Mam nadzieję, że się nie gniewacie. :)
Kolejny raz zmieniłam szablon, za który serdecznie dziękuję Majkel. Na tamten już po prostu nie mogłam patrzeć, z resztą lepiej się czuję z kolumnami bocznymi. A jak się Wam podoba?
Po prawej sonda. Proszę, aby głosować tylko raz! Nie raz dziennie, ale w ogóle tylko raz! Dziękuję.
Ktoś ostatnio napisał, że czeka na epilog. No dobrze! :D
Wydaje mi się, że rozdział jest jest dłuższy.
Mam do Was pytanie. Które wydarzenie z opowiadania najbardziej Ci się podobało, które najlepiej zapisało Ci się w pamięci? Liczę na Wasze szczere odpowiedzi. :)
Kocham WAS ♥
Portland. Powell City Park. Park tuż obok lotniska. Park bardzo głośny, brudny, zaniedbany, śmierdzący szczynami, rozkrzyczany spoconymi mężczyznami grającymi w koszykówkę. Ale nawet tam było mi lepiej niż w gwarnym gmachu lotniska. Przynajmniej bez fanek. Wlokłam się powoli po alejce, pchając wózek ze śpiącą Noemi tak, jak powoli wlókł się czas. Miałam przed sobą park. Kawałek trawnika, kilka drzew, chodnik i dwie ławki. Byłam u siebie.
Alejka się kończyła, zawróciłam. Gdzieś na jej końcu dostrzegłam mężczyznę idącego w moją stronę. Malik, kto inny? Kto inny nosił czapkę, gdy świeciło słońce, a temperatura kręciła się wokół dwudziestu stopni? Kto inny wyglądał świetnie, żeby nie powiedzieć po prostu seksownie, w szarym dresie i bluzką z pieprzącymi się niedźwiedziami? Zarostu jakiego innego mężczyzny chciałam wciąż dotykać, jak nie Malikowego? Jakiego głosu uwielbiam słuchać? Kto wzdycha najpiękniej na świecie? Kto pocałunkami w czoło daje mi bezpieczeństwo? Kto ma najpiękniejszy uśmiech świata, nawet gdy córka leje go rączkami w poliki? Malik.
Przykro mi drogie panny, ale muszę zakończyć panienek spacer. Czas wracać do pałacu. - ukłonił się przed nami, zdejmując czapkę z głowy. Zaśmiałam się, on też. Proszę pozwolić. - obszedł mnie dookoła i chwycił za rączkę wózka. Posłusznie usunęłam się w bok. Ruszyliśmy powoli. Proszę nie rób scen, ani dram. - powiedział cicho, lecz i tak wyczułam jego błaganie. Czemu? - spytałam spokojnie. Trzeba się przyzwyczaić wreszcie do tego dziwnego życia. Jest duże prawdopodobieństwo, że ktoś robi nam teraz z ukrycia zdjęcia. - odpowiedział przez zaciśnięte gardło. Cóż za informacja. Cóż za niespodzianka. Aha. - odparłam obojętnie i skrzyżowałam ręce na piersi. Zawiał chłodny wiatr. I to wszystko? Przytaknęłam. Dlaczego miałabym robić przedstawienie, nie na jednym spacerze już ktoś mnie śledził. Wzruszyłam ramionami. Znów zawiało chłodem. Zbliżaliśmy się do końca chodnika. Dlaczego mi nie powiedziałaś? Zatrzymał się gwałtownie. Odwróciłam się do niego. Zdziwił się. Myślałam, że to kolejny raz, gdy Wasz management chce zrobić szopkę z naszego życia. Westchnął. Westchnął i ruszył. Toczyły się kółka, buty stąpały po brukowanej uliczce. Za ogrodzeniem znikł mój cuchnący park, a pojawiło się szumiące lotnisko.
Na nasz widok wszyscy wstali. Co to za uroczystość? A może jesteśmy parą królewską, którą trzeba witać z honorami, kłaniając się? Mamy jeszcze dziesięć minut, potem wsiadamy. - zarządził Paul wystawiając głowę znad gazety. Spojrzałam do wózka. Mała wciąż spała. Rozejrzałam się dookoła. po drugiej stronie terminala była apteka. Zauważą, gdy tam pójdę. Westchnęłam z rezygnacjom i zajęłam miejsce obok Danielle. Ta posłała mi ciepły uśmiech i podała swój telefon. Wzięłam go odrobinę zdziwiona. Coś się stało, czegoś potrzebujesz? - widniał napis na wyświetlaczu. Dopisałam szybko to co chciałam i oddałam urządzenie. A Danielle? A Danielle wstała i ni z gruszki, ni z pietruszki ruszyła zatłoczonym terminalem w stronę apteki. Weszła do niej i wyszła bez problemów. Ze byłoby zupełnie inaczej, prawda?
Siedziałyśmy na podłodze oparte plecami o łóżko. Małżeńskie łóżko z drewnianą, zdobioną ramą. Wsunęłam kolana pod brodę i oplotłam rękoma nogi. Wzrok skupiłam na wzorku walizki, stojącej przy ścianie naprzeciwko mnie. Myśli krążyły wokół kawałka plastiku z testerem w środku. Zębom pozwoliłam na agresywne przygryzanie warg. Nie rozumiem, dlaczego się martwisz? - przerwała ciszę Danielle. Przecież nie jesteś w ciąży. - dodała nieco ciszej. Nabrałam głośno powietrza do płuc. Zacisnęłam powieki. Nie płacz dziecino. Sama sobie przeczę. Może zrobiłam coś źle? - jęknęłam. Głos mój stał się piskliwy, rozklejony, przerywany pociągnięciami nosem. Dziewczyna sięgnęła po ulotkę, znów. Tu jest napisane, że test najlepiej robić rano. - przeczytała, obróciwszy się w moją stronę. Kupię ci dzisiaj kolejny i jutro go zrobisz. - zadecydowała i położyła dłoń ma moim ramieniu. Nie płacz kochanie. O Boże! Rozumiem, że się denerwujesz, ale płacz tu nie pomoże. Gówno prawda. Może jesteś na coś chora? Może to przez te tabletki? Zaczęła masować mi plecy. Podniosłam głowę. Nie wydaje mi się. - mruknęłam. Brałam je zbyt krótko i zbyt dawno, aby teraz wymiotować. Z resztą mówiłam już, że nie dostałam okresu. Danielle westchnęła, poprawiła włosy dźwięcząc bransoletkami zdobiącymi jej nadgarstek. Piękne, srebrne bransoletki, które podarował jej Liam. Aż przykro było na nie patrzeć i wiedzieć, że chłopak kupił je z czystej dobroci serca, z czystej miłości do Peazer. W takim razie za kilka miesięcy powitamy na świecie nowego Malika. - skwitowała uśmiechając się swoim najbardziej uroczym uśmiechem. Każdy taki był, a ja nie potrafiłam jej na niego odpowiedzieć.
Od bardzo, bardzo dawna nie miałam bezsennej nocy. Nemi przestała budzić się w środku nocy, więc i ja nie musiałam się budzić. Nic mnie też nie martwiło na tyle mocno, by ponownie zasiąść na parapecie i zamartwiać się nad sobą. Do tej nocy. Z utęsknieniem czekałam na znienawidzony poranek, gdy będę mogła zamknąć się w łazience, nasiusiać na co trzeba i potwierdzić, jak to w końcu ze mną jest. Zegar tykał, czas lecia. Za wolno. Wczorajsze słońce ustąpiło miejsce księżycowi, który święcąc nad miastem sprawiał, że w pokoju panował nieprzyjemny półmrok. A może to nie księży, a światła opanowujące każde większe miasto świetlnymi reklamami? Mogło mi się dużo zdawać, gdy standardowo siedziałam na fotelu - tym razem czarnym, skórzanym - i obserwowałam ciemność. Noemi spała za drzwiami, Zayn spał na łóżku przede mną. Tylko ja jeden wyjątek, oblegający hotelowe fotele, martwiący się każdą pierdołę czekam bezsennie na kolejny wschód słońca. Wracaj tu spać. - wydobyło się z zaschniętego, męskiego gardła. Pokręciłam przecząco głową. Pewnie tego nie widział. Choć może? Wstał. Wygramolił się ociężały z łóżka i ruszył w moją stronę. Czy musimy to przerabiać w każdym nowym hotelu? - spytał dosyć gniewnie. Wyłonił się z ciemności, złapał mnie za obie dłonie i ciągnąc do siebie, postawił na nogi. Zayn? - odezwałam się pierwszy raz od wielu, wielu godzin. Zaprzestał ciągnięcia mnie do łóżka. Chciałbyś mieć kiedyś jeszcze jedno dziecko? Ze mną? Zaczął się śmiać. Głośno, lecz na tyle cicho, by nie obudzić Noemi. Oprzytomniaj jednak po chwili i znów zaciągał mnie do spania. Myślę... - zaczął kładąc mnie na pościeli. Myślę, że tak. Musiał się uśmiechnąć, westchnął charakterystycznie. Teraz śpij dziecko.
Teraz wreszcie czuję, że to jest to! Szczególnie dwa ostatnie akapity. Wreszcie to coś mi się podoba, a nie jest jakieś nijakie i bezuczuciowe. Tacy wyznani, jakich lubię najbardziej.
Przepraszam, że nie odpisałam na Wasze komentarze pod poprzednim postem, ale w ogóle nie miałam do tego głowy. Chciałam Wam jakoś ładnie odpisać, ale coś mi to nie wychodziło. Mam nadzieję, że się nie gniewacie. :)
Kolejny raz zmieniłam szablon, za który serdecznie dziękuję Majkel. Na tamten już po prostu nie mogłam patrzeć, z resztą lepiej się czuję z kolumnami bocznymi. A jak się Wam podoba?
Po prawej sonda. Proszę, aby głosować tylko raz! Nie raz dziennie, ale w ogóle tylko raz! Dziękuję.
Ktoś ostatnio napisał, że czeka na epilog. No dobrze! :D
Wydaje mi się, że rozdział jest jest dłuższy.
Mam do Was pytanie. Które wydarzenie z opowiadania najbardziej Ci się podobało, które najlepiej zapisało Ci się w pamięci? Liczę na Wasze szczere odpowiedzi. :)
Kocham WAS ♥
