Jeśli osoba kochająca spacery przez trzy dni nie wychodzi poza swój pokój hotelowy, jest duże prawdopodobieństwo, że taka osoba zrobi się smutna, posępna, marudna, niezadowolona, sfrustrowana, poddenerwowana... Zacznie chodzić bezcelowo po pomieszczeniu, co chwile przystawać obok okna. Nie pomoże książka, muzyka, cieplutka herbatka. Ktoś taki musi natychmiast znaleźć się na świeżym powietrzu. Nawet jeśli to miało być powietrze miastowe. Zanieczyszczone, odrobinkę cieplejsze... Nie takie same jak w moim kochanym Lovestoft, z małą cząstką morskiej bryzy. Co ja gadam?! Powietrze zimne, przepełnione solą i zapachem glonów. Znaczy... Opisuję siebie. Zgadliście?
Głupieję, dostaję świra. Nawet nic nierozumiejąca Noemi przestała bić mnie po twarzy, a za to wciąż chce się tulić i pokazuje na drzwi. Czyżby kochała te spacery tak samo jak ja? Też lubiła stuk butów o chodnik i chrupotanie kamyków pod kołami wózka? Też czuła się wtedy jak jedyna osoba na ziemi? Najszczęśliwsza i najbardziej odprężona?
Popołudniu Nemi zasnęła. A ja spróbowała choć na momencik, te kilka godzin, zająć się czymś innym niż kilometry, które pokonałam od okna do drzwi. Usiadłam na fotelu. To chyba jedyna rzecz, którą zapamiętam stąd do końca życia. Ten uroczy, wygodny fotel. Chwyciłam książkę. W oczach stanął mi widok wściekłej pani Margaret. Palce mocniej zacisnęły się na grzbiecie powieści. Kniecie pobielały. Dlaczego ona jest na mnie zła?! Nagle książka wypadła mi z ręki. Skórcz? W dłoni? To w ogóle możliwe? Błękitna Dalia z cichutkim trzaskiem i świstem kartek upadła na podłogę. Chwila milczenia. Noemi śpi, na całe szczęście! Schyliłam się po upuszczoną lekturę i odłożyłam na stolik. Ale czekaj! Gdzieś spomiędzy zżółkłych wyślizgnęła kolorowa ulotka. Nie, nie ulotka. Jakiś artykuł. O mnie?
Zayn wrócił około dziesiątej. Krzątał się chwilę po pokoju, klął pod nosem, otwierał walizki. Nawet nie zauważył, że ktoś (ja w woli ścisłości) zajmuje fotel i bacznie go obserwuje. Co jakiś czas przyłapywałam go na wpatrywaniu się w łóżeczko. Robił coś, robił i nagle podnosił głowę i przyglądał się łóżeczku. Spokojnie, jeszcze się obudzi. - szepnęłam. Wystraszył się, odskoczył jak oparzony od torby, którą się właśnie zajmował. Zaśmiałam się cicho. Dzisiaj to ja będę górą - nie dam się omamić westchnieniom, dłoniom, ustom... Przez moment w pokoju było tak cicho, że słyszalny był tylko szybki oddech Malik'a. Powiesz mi co to jest? - spytałam zalotnym głosem podając mu zgięty w pół wycinek z kolorowego pisemka. Wziął ode mnie kartkę i rozłożył. To nie jest tak jak myślisz. - odpowiedział wystraszony. Wstałam z fotela. Straciłam przez Ciebie panią Margaret. Co potem? Matkę, Spencer'a? - milczał i nawet to nawet lepiej. Mogłam powiedzieć to nad czym myślałam przez calutki dzień. - Wiesz jak nazywa się to co ze mną robicie? Ty, Paul... Alienacja. Tracę kontakt z rzeczywistością, izolujecie mnie od społeczeństwa. Jak tu nie zwariować? To jest Wasz plan? Wysłać mnie do psychiatryka, Noemi oddać komuś na wychowanie, a po tych nieszczęsnych ośmiu latach - wsiąść rozwód. - nie odezwał się. Spuścił głowę. Rozgryzłam go i jego grę. Uśmiechnęłam się zadowolona. Udało mi się złamać ten przeklęty klucz. Podeszłam do szafy. Wyciągnęłam z niej ulubione emu i cienką, zieloną kurtkę. Gdzie idziesz? - spytał cicho, prawie niedosłyszalnie. Na spacer. - trzasnęłam za sobą bordowymi drzwiami.
Jak pani Margaret mogła wierzyć tej gazecie? Jak mogła myśleć, że nie jestem jej wdzięczna. Jak w ogóle mogło jej to przez myśl przemknąć? W trudnej, cholernie trudnej, mego ekstra cholernie trudnej sytuacji - zrobiła dla mnie więcej niż własna matka. Dała mi to, czego nie dał nikt. Miłość, zrozumienie, wsparcie, bezpieczeństwo... Jak ona mogła tego nie wiedzieć?!
Los Angeles jest dziwnym miastem. Dla mnie, europejki, dziesięć stopni Celsjusza w lutym może być dziwne, szczególnie jeśli wychowałam się nad morzem, gdzie zawsze jest zimno i wietrznie. Miasto aniołów było cieple, bezwietrzne, a co najgorsze duże i przeludnione. Londyn wydawał się małym pikusiem w porównaniu z metropolią jaką było LA. Niekończące się chodniki, ulice przecięte równiutko pod kątem prostym. Zgubiłam się.
Na plaże. - poinformowałam taksówkarza. Spytał, gdzie dokładnie. Obojętnie. Proszę mnie zawieść na wybrzeże. - odpowiedziałam. Działałam pod wpływem impulsu. Chciałam jak najszybciej znaleźć się nad oceanem. Słyszeć szum fal, przespacerować się po piasku. Potrzebowałam tego bardziej niż powietrza. Chociaż to nie najlepsze porównanie, bo potrzebowałam i morskiego tlenu. Aż w końcu go dostałam. Uderzył mnie w twarz zaraz po wyjściu z pojazdu. A po paru minutach byliśmy zaprzyjaźnieni. Swój pozna swego. Otulona wiatrem szłam promenadą. Niski, piaskowy murek. Biały budynek ratowników. Teraz chyba tam nikogo nie ma. Chyba, że ktoś lubi pływać w nieprzyjemnie zimnej wodzie. W nocy. Ale i z nią da się zaprzyjaźnić. Ze wszystkim da się zaprzyjaźnić, ale trzeba chcieć. Szkoda, że nie słucham swoich rad.
Puk, puk. Jakiś szum, kilka kroków. Zgrzyt zamka, pociągnięcie klamki. Drzwi się otworzyły. Nie, nie otworzyły się same. Zayn je otworzył. I chyba był zdenerwowany, bo szamotał się z tym zamkiem bardzo długo, a gdy już mu się to udało, szarpnął gałką tak mocno, że musiał jeszcze nogą powstrzymywać drzwi przed trzaśnięciem w szafę. Widząc mnie odetchnął z ulgą. Jego twarz miała taki błogi wyraz. Pociągnął mnie do środka. Zaczęłam rozglądać się za Noemi. Zauważył to. Śpi cały czas. - przemówił uspokajając mnie. Rozpiął zamek kurtki. Wyciągnął z rękawa jedną rękę, potem drugą. Metal stuknął o panele. Zła celność, nie trafił na fotel. Podprowadził mnie do łóżka, zmusił abym usiadła. Martwiłem się o Ciebie. Wyszłaś zła i bałem się, że coś sobie zrobisz, albo ktoś zrobi coś tobie. - ględził zmagając się z butami. W końcu stopy wyślizgnęły z przemoczonej pułapki, a Zayn wylądował kilka metrów dalej, uderzając tyłem głowy o szafę. Podniósł się szybko z podłogi i zaniósł buty do łazienki. Bałeś się o mnie, czy o to co powie na ten temat Paul? - spytałam, gdy wrócił się po zalegającą gdzieś na ziemi kurtkę. Przystanął w półkroku. Obrócił głowę w moją stronę. A ja patrzyłam na niego. Prosto w oczy. Chciałam, aby czuł się tak jak ja, gdy świdruje mnie wzrokiem. Rozchylił usta. Zamknął. Znów rozchylił. Głupia zabawa, prawda panie Malik? Wstałam z łóżka, podeszłam do niego i ze słodkim uśmiechem dałam całusa w policzek. Następnie weszłam do łazienki.
***
Dla pewnego Anonimka, który bez szalika hasał. I teraz ponoć chory leży w łóżku pod kołderką z zapaleniem ucha i zatok. Abyś wróciła szybko do zdrowia! I pamiętaj mi o czapce i szaliku, bo... Bo będzie nieprzyjemnie.
Podobno lubicie asertywną Cam, więc o to i asertywna Cam. Nawet jej pasuje rola wrednej suki, czyż nie?
Postanowiłam potraktować ten rozdział jako nagrodę i łapówkę. Nagroda za wyjątkową aktywność pod numerem 29. Z każdym kolejnym przechodzimy samych siebie, prawda? Dodatkowo wzrosła ilość obserwatorów, a to mnie również bardzo cieszy. Nie ukrywajmy. Każdego cieszą komentarze. Każdego komentarze motywują. I nie będę owijać w bawełnę bo przędzą nie jestem, a tym bardziej nie nieczułym robotem - mnie też. Wychowawczyni dowaliła nam sprawdzianem z pojęć z dwóch lat i to pewnie będzie moją robotą na cały tydzień, bo tego jest w trzy dupy i trochę. Historia = niema żartów. A teraz mi się przypomniało, że jutro kartkówka z matematyki i trzeba poćwiczyć trochę Pitagorasa. Lepszy ze mnie humanista, wiecie?
Ale jeszcze tylko ten tydzień i będę miała ferie, więc juhu! Trochę laby ;D
I specjalnie dla Misi: xD
I specjalnie dla Gabi: siostro!
I specjalnie dla wszystkich: ogórki!
Jak pani Margaret mogła wierzyć tej gazecie? Jak mogła myśleć, że nie jestem jej wdzięczna. Jak w ogóle mogło jej to przez myśl przemknąć? W trudnej, cholernie trudnej, mego ekstra cholernie trudnej sytuacji - zrobiła dla mnie więcej niż własna matka. Dała mi to, czego nie dał nikt. Miłość, zrozumienie, wsparcie, bezpieczeństwo... Jak ona mogła tego nie wiedzieć?!
Los Angeles jest dziwnym miastem. Dla mnie, europejki, dziesięć stopni Celsjusza w lutym może być dziwne, szczególnie jeśli wychowałam się nad morzem, gdzie zawsze jest zimno i wietrznie. Miasto aniołów było cieple, bezwietrzne, a co najgorsze duże i przeludnione. Londyn wydawał się małym pikusiem w porównaniu z metropolią jaką było LA. Niekończące się chodniki, ulice przecięte równiutko pod kątem prostym. Zgubiłam się.
Na plaże. - poinformowałam taksówkarza. Spytał, gdzie dokładnie. Obojętnie. Proszę mnie zawieść na wybrzeże. - odpowiedziałam. Działałam pod wpływem impulsu. Chciałam jak najszybciej znaleźć się nad oceanem. Słyszeć szum fal, przespacerować się po piasku. Potrzebowałam tego bardziej niż powietrza. Chociaż to nie najlepsze porównanie, bo potrzebowałam i morskiego tlenu. Aż w końcu go dostałam. Uderzył mnie w twarz zaraz po wyjściu z pojazdu. A po paru minutach byliśmy zaprzyjaźnieni. Swój pozna swego. Otulona wiatrem szłam promenadą. Niski, piaskowy murek. Biały budynek ratowników. Teraz chyba tam nikogo nie ma. Chyba, że ktoś lubi pływać w nieprzyjemnie zimnej wodzie. W nocy. Ale i z nią da się zaprzyjaźnić. Ze wszystkim da się zaprzyjaźnić, ale trzeba chcieć. Szkoda, że nie słucham swoich rad.
Puk, puk. Jakiś szum, kilka kroków. Zgrzyt zamka, pociągnięcie klamki. Drzwi się otworzyły. Nie, nie otworzyły się same. Zayn je otworzył. I chyba był zdenerwowany, bo szamotał się z tym zamkiem bardzo długo, a gdy już mu się to udało, szarpnął gałką tak mocno, że musiał jeszcze nogą powstrzymywać drzwi przed trzaśnięciem w szafę. Widząc mnie odetchnął z ulgą. Jego twarz miała taki błogi wyraz. Pociągnął mnie do środka. Zaczęłam rozglądać się za Noemi. Zauważył to. Śpi cały czas. - przemówił uspokajając mnie. Rozpiął zamek kurtki. Wyciągnął z rękawa jedną rękę, potem drugą. Metal stuknął o panele. Zła celność, nie trafił na fotel. Podprowadził mnie do łóżka, zmusił abym usiadła. Martwiłem się o Ciebie. Wyszłaś zła i bałem się, że coś sobie zrobisz, albo ktoś zrobi coś tobie. - ględził zmagając się z butami. W końcu stopy wyślizgnęły z przemoczonej pułapki, a Zayn wylądował kilka metrów dalej, uderzając tyłem głowy o szafę. Podniósł się szybko z podłogi i zaniósł buty do łazienki. Bałeś się o mnie, czy o to co powie na ten temat Paul? - spytałam, gdy wrócił się po zalegającą gdzieś na ziemi kurtkę. Przystanął w półkroku. Obrócił głowę w moją stronę. A ja patrzyłam na niego. Prosto w oczy. Chciałam, aby czuł się tak jak ja, gdy świdruje mnie wzrokiem. Rozchylił usta. Zamknął. Znów rozchylił. Głupia zabawa, prawda panie Malik? Wstałam z łóżka, podeszłam do niego i ze słodkim uśmiechem dałam całusa w policzek. Następnie weszłam do łazienki.
***
Dla pewnego Anonimka, który bez szalika hasał. I teraz ponoć chory leży w łóżku pod kołderką z zapaleniem ucha i zatok. Abyś wróciła szybko do zdrowia! I pamiętaj mi o czapce i szaliku, bo... Bo będzie nieprzyjemnie.
Podobno lubicie asertywną Cam, więc o to i asertywna Cam. Nawet jej pasuje rola wrednej suki, czyż nie?
Postanowiłam potraktować ten rozdział jako nagrodę i łapówkę. Nagroda za wyjątkową aktywność pod numerem 29. Z każdym kolejnym przechodzimy samych siebie, prawda? Dodatkowo wzrosła ilość obserwatorów, a to mnie również bardzo cieszy. Nie ukrywajmy. Każdego cieszą komentarze. Każdego komentarze motywują. I nie będę owijać w bawełnę bo przędzą nie jestem, a tym bardziej nie nieczułym robotem - mnie też. Wychowawczyni dowaliła nam sprawdzianem z pojęć z dwóch lat i to pewnie będzie moją robotą na cały tydzień, bo tego jest w trzy dupy i trochę. Historia = niema żartów. A teraz mi się przypomniało, że jutro kartkówka z matematyki i trzeba poćwiczyć trochę Pitagorasa. Lepszy ze mnie humanista, wiecie?
Ale jeszcze tylko ten tydzień i będę miała ferie, więc juhu! Trochę laby ;D
I specjalnie dla Misi: xD
I specjalnie dla Gabi: siostro!
I specjalnie dla wszystkich: ogórki!

