Za oknem śnieżyca. Wiatr świszczy między belkami na poddaszu. Okno nadal rozszczelnione, chłód wpada i tu. Do mojego małego pokoiku, gdzie na swoim ukochanym łóżeczku trzęsę się z zimna, mimo trzech koców i kołdry okrywającej moje ciało. A może ja wcale nie drżę z zimna? Może to przez krzyki z parteru? Spencer przyjechał. W końcu dotarł bezpiecznie do domu, a ojciec zamiast docenić to, że biedak tłukł się tu przez całą noc, jeszcze się z nim kłóci o jakieś głupoty. Dobrze, że mama tam jeszcze nie wparowała.
Noemi śpi. Jak to wspaniale, że awantura jej nie obudziła. Czasami zdaje mi się, że ona budzi się tylko w tedy, gdy ja tego potrzebuję. Gdy znajdę się w jakiejś niekomfortowej sytuacji lub potrzebuję przestać się nad sobą użalać, wziąć w garść i zająć się prawdziwym życiem. To ona chyba tak na prawdę trzyma mnie przy życiu. Chroni przed całkowitym zwariowaniem. A ja bardzo chciałabym ochronić ją przed całym złe tego świata. Aby nie musiała przeżywać tego samego, co teraz ja.
Głośny huk z dołu sprawił, że moim ciałem wstrząsnęło. Materac ugiął się gwałtownie, a pościel zaszuszczała. Cichy pisk umknął z gardła, oddech przyśpieszył. Co oni tam wyrabiają do jasnej cholery?! Dlaczego matka nie poustawiała ich jeszcze do pionu i nie zagoniła do łóżek? Dlaczego tu jest tak zimno? Co się tam dzieje? - mruknęło coś cicho w okolicy mojego prawego ucha. I znów to samo. Wstrząs, krzyk, oddech. Nie bój się, to tylko ja. - otuliło chwilowym ciepłem bok. Jakaś ręka przygarnęła mnie do drugiego ciała. Objęła brzuch, głowę zwiesiła na chudym ramieniu. Odebrała mi dech. Tak po prostu odebrała dostęp do powietrza, mimo że nos wystawał zza kołdry i mógł spokojnie pobierać tlen. Ale nie! Ta głupia ręka, ta głupia głowa, te głupie nogi wplątane w moje! Śpij już, śpij. Musisz jutro ładnie wyglądać na zdjęciu. - jeszcze ostatnie słowa przed pierwszym chrapnięciem.
Chciałam ramion, które dawały ciepło i bezpieczeństwo. A mi dalej było zimno, a na dole wciąż szalało i na zewnątrz było nieciekawie...
Godzina siódma siedem. Alfabet dla przypomnienia. G. G jak George. Czyżby George, ten George, któremu narobiłam niezłych kłopotów myślał teraz o mnie? O osóbce, przez która prawie rozwiódł się z żoną, a która zawdzięcza mu kilka rólek i poznanie pewnego bruneta, a w wyniku tego spotkania dziecko? Możliwe...
Mruknięcie, jeszcze jedno. Głośny mlask, stuk plastikowych kuleczek, płacz. Westchnęłam głośno. Uwolniłam się od tej nieszczęsnej ręki, zrzuciłam z siebie kołdrę i ledwo żywa podreptałam do łóżeczka. Turystycznego rzecz jasna! Które wczoraj rozkładałam sama, gdy szanowny pan Malik brał prysznic. Moja słodka kruszynka roześmiała się na mój widok. Uniosła rączki ku górze. Podniosłam ją i przytuliłam. Usiadłyśmy na łóżku. I jak to z nami bywa - zezłościłyśmy pana Malika.
To jak będzie wyglądał dzisiejszy dzień? - zagadał Zayn, gdy już przestał mamrotać pod nosem wściekły, że go obudziłyśmy. Wigilijny obiad, a potem do kościoła. - odparłam podnosząc z podłogi grzechotkę. A Noemi też? - spytał. Co go nagle obchodzi Noemi?! Nie. Spencer z nią zostanie. On nie chodzi do kościoła. - kolejna zabawka upadła z brzękiem na ziemię. Nie lubi? - zaśmiałam się. Może i lubi... Przepraszam, lubił! Ale po prostu... Nie może.
Sztuczne uśmiechy - są! Sztuczna miłość - jest! Sztuczna choinka - jest! I tak wszystko ukryją odświętne ubrania. No prawie. Mama zadawała trudne pytania, tata siedział naburmuszony, Spenc nic nie jadł, Noemi wciąż zrzucała grzechotkę na panele, a Zayn wciąż ją podnosił. Od razu było widać, że każdy z nas ma coś do ukrycia. Ani pudding, ani Mince Pies według przepisu babci, nie były w stanie poprawić panującej atmosfery. Aż się doczekałam. Rodzice wstali oznajmiając, że czas iść na mszę. Za wszelką cenę starałam się ukryć uśmiech, chcący wkraść się na moją twarz. Posadziłam Nemi na kolanach Spencer'a i szepnęłam mu na ucho, aby się nie pozabijali. Bo wiecie, z takimi dwoma charakterami bomba jądrowa to, jak kapiszony...
***
Przyjechałam ledwo żywa, spałam cały dzień, a dzisiaj postanowiłam wreszcie o sobie przypomnieć...
Po tym całym wyjeździe wspaniale było wejść tutaj, poczytać trochę i na nowo uwierzyć w to, że nieważne są ubrania i kawki w Starbucks'ie - mam Was i to mi wystarcza! ;) A połowę ludzi z mojej szkoły wysłałabym na obowiązkowe leczenie...
To tyle na dziś. Idę leczyć nóżki ^^
To jak będzie wyglądał dzisiejszy dzień? - zagadał Zayn, gdy już przestał mamrotać pod nosem wściekły, że go obudziłyśmy. Wigilijny obiad, a potem do kościoła. - odparłam podnosząc z podłogi grzechotkę. A Noemi też? - spytał. Co go nagle obchodzi Noemi?! Nie. Spencer z nią zostanie. On nie chodzi do kościoła. - kolejna zabawka upadła z brzękiem na ziemię. Nie lubi? - zaśmiałam się. Może i lubi... Przepraszam, lubił! Ale po prostu... Nie może.
Sztuczne uśmiechy - są! Sztuczna miłość - jest! Sztuczna choinka - jest! I tak wszystko ukryją odświętne ubrania. No prawie. Mama zadawała trudne pytania, tata siedział naburmuszony, Spenc nic nie jadł, Noemi wciąż zrzucała grzechotkę na panele, a Zayn wciąż ją podnosił. Od razu było widać, że każdy z nas ma coś do ukrycia. Ani pudding, ani Mince Pies według przepisu babci, nie były w stanie poprawić panującej atmosfery. Aż się doczekałam. Rodzice wstali oznajmiając, że czas iść na mszę. Za wszelką cenę starałam się ukryć uśmiech, chcący wkraść się na moją twarz. Posadziłam Nemi na kolanach Spencer'a i szepnęłam mu na ucho, aby się nie pozabijali. Bo wiecie, z takimi dwoma charakterami bomba jądrowa to, jak kapiszony...
***
Przyjechałam ledwo żywa, spałam cały dzień, a dzisiaj postanowiłam wreszcie o sobie przypomnieć...
Po tym całym wyjeździe wspaniale było wejść tutaj, poczytać trochę i na nowo uwierzyć w to, że nieważne są ubrania i kawki w Starbucks'ie - mam Was i to mi wystarcza! ;) A połowę ludzi z mojej szkoły wysłałabym na obowiązkowe leczenie...
To tyle na dziś. Idę leczyć nóżki ^^

